czwartek, 19 lutego 2015

Bajki dla "dużych" dziewczynek, czyli "Rywalki"


Często mi się zdarza że pod natłokiem różnych bestsellerów przeprowadzam selekcję pozycji literackich. Niektóre książki po prostu muszę odrzucić. Tak zrobiłam w przypadku "Igrzysk śmierci" gdzie tą książkę wyeliminowałam z mojej biblioteczki. Jednak pod wpływem koleżanek i zwiększającym się marketingiem tej lektury, w końcu zdecydowałam się poświęcić jej trochę czasu.

W przypadku "Rywalek" nie chciałam popełnić tego samego błędu. Mimo że po książkę sięgnęłam długo po premierze, to wciąż była ona powodem nowych postów na blogach literackich. W końcu biblioteka w moim mieście zakupiła całą serie i z uśmiechem od ucha do ucha powędrowałam do niej; wracając miałam pod pachą nowiutki egzemplarz "Rywalek". Początek czytałam bardzo uważnie, starając się niczego nie przegapić. Ale po kilkudziesięciu stronach zorientowałam się dlaczego ta seria ma takie wzięcie- odpowiedź jest prosta: typowy schemat z łatwością docierający do mas. Mamy przykład dziewczyny z średniego szczebla społecznego: piątki. Rodzice namawiają ją na wzięcie udziału w konkursie, w którym nagrodą jest poślubienie księcia. Nasza "buntowniczka" kocha jednak innego mężczyznę, lecz on jest z o wiele niższej kasty. Amelia (bo tak ma na imię nasza piękność) koniec końców się zgadza na wzięcie udziału w rozgrywkach. I ku wielkiemu zaskoczeniu czytelnika przechodzi pierwszy etap konkursu. Dalej nie czytałam, tylko przeskakiwałam co kilka stron by sprawdzić czy wszystko dzieje się po mojej myśli.
Historia do bólu banalna i zieje nudą! Gdyby istota za światów chciałaby mi dać talent pisania właśnie takich książek, odmówiłam bym. Przeglądając recenzje młodych pasjonatek takich "dzieł" co jakiś czas natrafiałam na stwierdzenie typu "każda z nas chce być księżniczką", "wszystkie marzymy o księciu". Autorka idealnie wstrzeliła się w upodobania nastolatek, w których jeszcze dużo pozostało z dziecka. Dziewczyny otrzymały powieść dla osób w ich wieku, która mieszał ich marzenia z dzieciństwa, trochę baśni i ich nastoletni różowy świat. Ja w tek lekturze nie odnalazłam niczego wartościowego.

Paulina

Pierwsze spotkanie, czyli "Zabójca"



Dziś mam dla was pierwszą recenzje komiksu. Jest to dla mnie nowość, więc prosze wybaczcie mi moje przyszłe błędy. "Zabójca" jest również dla mnie jednym z pierwszych komiksów pod względem czytelniczym. Sama po książki graficzne w księgarni sięgam bardzo rzadko ze względu na ceny, a w bibliotece egzemplarzy tej dziedziny sztuki jest znikoma ilość. Jednak ostatnio udało mi się znaleźć "Zabójce", polskiego autora- Andrzej Plilipiuka i rysownika Andrzeja Łaski.

Historia jest niezwykle dynamiczna i potrafi zaciekawić czytelnika. Jest ona oparta na pierwszych stronach książki "Kroniki Jakuba Wędrowycza". Kolory są ograniczone do czerni, bieli, czerwieni. Poszczególne klatki są duże, przez co autor komiksu musiał napracować się nad tym by w każdej z niej umieścić jak najwięcej informacji.

Niezwykle podoba mi się postać głównego bohatera Wędrowycza. Wygląda tak jak sobie wyobrażałam pod czas lektury powieści. Ma na nogach duże kalosze, niechlujne ubranie, coś w stylu kapelusza/czapki i potworny uśmiech na twarzy. Samozwańczy egzorcysta, łowca wampirów, kłusownik i bimbrownik – Jakub Wędrowycz powraca! Niszczy wszelką gadzinę, która stanie mu na drodze, ale czy poradzi sobie z zabójcą? Jedyny taki komiks wraz z bonusem w postaci opowiadania Andrzeja Pilipiuka. Sam komiks czyta się bardzo szybko i ma się ochotę na więcej. Charakteryzowany z lekka na "Sin City". Mam nadzieje, że przygoda z tym egzemplarzem, otworzy mi drzwi do świata historii opowiedzianych w obrazkach.

Paulina

wtorek, 17 lutego 2015

Wspaniałe USA, czyli "Ameryka po kaWałku"

Zapraszam was ponownie na wycieczkę po mocarstwie USA. Tym razem bez żadnych ściem omówimy sobie świetliste strony Stanów Zjednoczonych. Powiemy o parkometrach, niezawodnych bankach, wspaniałych drogach o których (my, w Polsce) możemy tylko śnić, o demokracji i gazetach pod drzwiami. O szczegółach, które na co dzień towarzyszą Amerykanom, przez co ich życie jest takie cool.

O ile wcześniejszą książkę Marka Wałkuskiego, "Wałkowanie Ameryki" można było nazwać luźnym reportażem, to zakwalifikowanie "Ameryki po kaWałku" jest o wiele trudniejsze. Wysłannikiem "Trójki" z misją poznania kraju za oceanem, Wałkuski był kilka lat temu. Teraz jest przesiąkniętym optymizmem turystą z aparatem na piersi. Sam przyznaje, że jego nowe dzieło jest zbiorem dóbr Ameryki. Przez co książka przestaje być obiektywna, a autor traci zdolność patrzenia na to państwo z innej perspektywy , patrzenia jak obserwator, z zewnątrz. Marisz Szczygieł - reportażysta, uważa tą zdolność za kluczową w karierze reporterskiej. Kiedy przeczytałam "Wałkowanie Ameryki" byłam tą pozycji literacką zauroczona i pragnęłam nawet serii podobnych "wypraw" dziennikarzy do państw naszego globu. Jednak lata robią swoje i takie książki trzeba pisać szybko, bo jak widać na przykładzie Marka Wałkuskiego "wszyscy możemy stać się dziećmi USA, ślepo patrzącymi w górę". Mimo to czas spędzony nad tą lekturą nie uważam za stracony i poznałam kilka ciekawostek. Jak dla mnie Pan Wałkuski stał się już obywatelem Stanów Zjednoczonych i żadne antidotum nie uratuje jego duszy reporterskiej. Czytając kolejne jego książki będziemy mieć wrażenie jakby pisał je stuprocentowy Amerykanin.
Paulina

piątek, 13 lutego 2015

Czytelnik gatunkiem wymierającym?

Umberto Eco kiedyś powiedział: „Kto czyta książki, żyje podwójnie”. Dzisiaj jednak często rezygnujemy z naszego drugiego wcielenia na rzecz łatwej rozrywki, jaką jest telewizja. Boimy się poświęcić czas i zaangażowanie dla kilkusetstronicowej powieści. Ostatni raz z literaturą mieliśmy styczność w szkole. Wmawiamy sobie, że to nie dla nas i ponownie sięgamy po pilota, nie wiedząc co tracimy.


Głównym problemem zmniejszenia poziomu czytelnictwa jest to, że czytając trzeba włączyć myślenie. Siedzenie lub leżenie (typowe pozycje podczas oddawania czci TV) w czasie konsumpcji kolorowych obrazków jest dużo prostsza, ponieważ nie wymaga od nas niczego. Zmęczeni po szkole, pracy włączamy magiczne pudełko, które towarzyszy nam podczas przygotowywania posiłków, spotkań z przyjaciółmi, chwilach relaksu, stając się nieodłącznym członkiem rodziny. Co słychać u celebrytów, jak perfekcyjnie posprzątać dom, przeprowadzić rewolucje w swojej kuchni – to nas dzisiaj interesuje. Można by powiedzieć – przeżywamy kilka istnień, ale ja podsumuję to słowami Wisławy Szymborskiej: „Żyjemy szybciej, ale mniej dokładnie”. Rozrywka kojarzy nam się z czymś lekkim, szybkim, łatwym i tylko te słowa uosabiamy z „przyjemnością”. Częściej kojarzymy ekranizację, niż same dzieła, na której podstawie one powstały. Aktualnie pisarz traci autorytet, jest anonimowy: nie ma dla niego miejsca w pop-kulturze. A co gorsza nieznany jest również dla nas jego dorobek literacki.


Według najnowszych statystyk Ministerstwa Edukacji Narodowej, w Polsce tylko 40% społeczeństwa przeczytało w ubiegłym roku minimum jedną książkę. Osoby czytające systematycznie stanowią jedynie odsetek 7%. Jednak nie możemy zwalać winy na wydawnictwa, ponieważ one zapewniają nam ok. 160 tys. tytułów w ciągu roku, co możemy przełożyć na 160 mln egzemplarzy literatury. Z podstawowego działania matematycznego wynika, że na przeciętnego Kowalskiego przypada zatem ok. 4 książek. Wiele nie czytających osób narzeka na zbyt wysokie ceny książek. Zgadzam się z tą opinią, jednak zwracam uwagę na możliwość kupna pozycji literackich w antykwariatach, na przecenach internetowych, czy wypożyczeniu ich lokalnej bibliotece.
Czytając książki nie tylko poszerzamy swoją wiedzę, rozwijamy wyobraźnię, ale również wzbogacamy swoje słownictwo. W życiu codziennym przeciętny mieszkaniec świata z podstawowym wykształceniem posługuje się ok. 800 wyrazami, natomiast absolwent dobrej uczelni nawet 12 tys.

Warto zatem miłość do książek wpajać od najmłodszych lat, bo czym skorupka za młodu nasiąknie... Według psychologów pięcioletnie dziecko nie powinno spędzać przed telewizorem więcej niż pół godziny, natomiast ilość czasu poświęcanego na czytanie może być nieograniczona. Tak jak istnieje w Polsce duża grupa kibiców piłki nożnej, czy siatkówki, tak i istnieje zwarty krąg czytelników. Działający na przykład w Polsce od kilku lat portal lubimy czytać.pl ma ćwierć miliona użytkowników. Na rynku działa również wiele blogerów, recenzentów, czy pospolitych amatorów tej rozrywki.
Warto aczkolwiek zauważyć, że niektórzy po prostu nie lubią czytać, tak jak można nie lubić jeździć na rowerze, czy jeść muf finki. Ale zwróćmy uwagę na to, że zdecydowana większość nie zna przyjemności płynącej
z czytania, zrażona lekturami szkolnymi.


Na koniec chciałabym podsumować moją wypowiedź cytatem Giovanni Giacomo Casanovy: „Strzeż się tego co czytał tylko jedną książkę”. Życie Casanowy nie jest najlepszym przykładem dla młodzieży, ale uważam, że źle świadczy o osobie dobrze wykształconej brak zainteresowania literaturą lub choćby prasą. Według niezależnych badań, osoby o ponadprzeciętnym poziomie życia (mówimy o zarobkach) czytają dziennie minimum trzydzieści minut. Dlatego warto oddawać się lekturze, by choć trochę przybliżyć się do marzeń o życiu Billa Gatesa. Czytajmy więcej i czerpmy z tego satysfakcję. Niech wieczorna lektura stanie się dla nas rytuałem, a widok czytającego w autobusie czy w parku częstszy. Bo przecież „Czytanie to najpiękniejsza zabawa jaką sobie ludzkość wymyśliła” (W. Szymborska).


Paulina

wtorek, 10 lutego 2015

"Miasto cieni"

Jeszcze więcej zagadki, przygody, tajemniczych zdjęć i mrożących w krew w żyłach historii otrzymujemy w kontynuacji "Osobliwego domu Pani Peregrine". Ransom Riggs ponownie zaczarowuje nas mieszanką świata rzeczywistego i fantastycznego. Oprócz adrenaliny płynącej z opowieści o "osobliwcach", otrzymujemy również dawkę wiedzy historycznej, która przekazana właśnie w tak nietypowy sposób może być dla młodego obywatela bardzo przystępna. Dziś kiedy młody człowiek sięga po najprostsze rozrywki, niewymagające myślenia, książka może być dla niego ostatnią deską ratunku przed autodestrukcją jego szarych komórek. A tym lepiej jeżeli lektura jest na należytym poziomie a Riggs nam to zapewnia.

Po jakże burzliwej akcji z grucholcami i nie tylko (w poprzedniej części), nasi bohaterowie wybierają się do Londynu: stolicy osobliwego świata. Szukają pomocy dla niezastąpionej Pani Peregrine, uwięzionej w ciele ptaka. Jednak sprawy się komplikują i stają przed nimi różne przeszkody: dla tych którzy z historią mają na pieńku informacja: w latach 40 ubiegłego wieku była wojna, co również dało się w tej powieści wyczuć. Czas akcji ciągle się zmienia, bo i pętle czasowe się zmieniają. Raz jesteśmy w 1940 roku, a raz pod koniec XIX wieku. Temat czasu w książkach jest często podejmowany, ale tylko niektórzy umieją z niego wdzięcznie wybrnąć. Choć uważam, że czasami miałam tzw, "zastój" i musiałam przemielić wszystko od początku by zrozumieć teorię pętli, to i tak Ransom Riggs radzi sobie całkiem nieźle.

Niewątpliwe zostaną wydane kolejne części "Osobliwego domu Pani Peregrine", które z chęcią przeczytam, ale boję się o to by autor nie popadł w wizję jakiegoś tasiemca. Historia, na której zbudowana jest powieść świetnie nadaje się do dłuższej kontynuacji, ale wszystko kiedyś powinno mieć swój koniec i życzę panu Ransomowi rozsądku pisarskiego. Nie chciałambym, żeby autor za przykładem Johna Flanagana (autora "Zwiadowców" i "Drużyny") skupił się tylko na jednej serii. Wolałabym żeby następne swoje utwory oparł na zdjęciach, których w obu książkach jest pod dostatkiem i był właśnie z nimi kojarzony. Przed nim maluje się droga do wielu nagród, świetnych miejsc na listach bestsellerów np. "New York Timesa" i przede wszystkim zadowolonych czytelników.

Paulina

Książkę, otrzymałam dzięki życzliwości wydawnictwa Media Rodzinahttp://mediarodzina.pl/prod/1110/Miasto-cieni 

sobota, 24 stycznia 2015

Sentymentalna podróż, czyli "Boyhood"


Boyhood” to filmowy projekt, którego największą zaletą jest prawdziwość w oddaniu prozy życia. Choć zdjęcia trwały 39 dni, całe dzieło było kręcone przez 12 lat, tak by aktorzy starzeli się wraz z bohaterami, których grają.  Reżyser nie bawi się w upiększenia, zachwyca prostotą i banalnością, ukazując życie amerykańskiej rodzinny. Tworzy kino pesymistyczne w swej wymowie i zachęca do przemyśleń nad własnym bytem.

Głównego bohatera Masona (Ellar Coltrane) poznajemy, gdy ma sześć lat. Jest słodkim blondasem zainteresowanym głównie wykopaliskami wokół domu i dekorowaniem farbą w sprayu okolicznych murów. Patrzymy na jego życie w przyspieszeniu, tu jeździł na rowerze, a tu dostawał w prezencie swoją pierwszą broń.  W ostatniej scenie filmu chłopak stoi już u progu dorosłości – ze stypendium w kieszeni i głową pełną pytań o sens wszystkiego rozpoczyna naukę w college'u. Choć świat stoi przed nim otworem, Mason do końca chyba jeszcze nie wie, jak się przez ten otwór przecisnąć. Zdaje sobie sprawę, że wyrwał się z matczynego gniazda i rozpoczyna nowy rozdział w swoim życiu. Nie wie co będzie dalej, bo życie to wielka zagadka i razem z naszą niewiedzą kończy się seans.

Film Richarda Linklatera staje się kroniką, ale nie pisaną z dystansu czasu, lecz opisującą po kolei wydarzenia towarzyszące mieszkańcom USA. Jesteśmy świadkami zmian w modzie, polityce i muzyce. Z ciekawością obserwujemy jak zmieniają się fryzury, prezydenci, a nasi bohaterowie, jakby łamali czasoprzestrzeń stoją w miejscu.
Nie ma tu tradycyjnej fabuły z ekspozycją i obowiązkowymi punktami zwrotnymi. Reżyser stapia ze sobą wydarzenia ważne i błahe, prozę życia i magię chwil. Ważne wydarzenia jak ukończenie liceum, przeplatają się z zwykłymi spotkaniami rodzinnymi i kupnem samochodu. Przez 2,5 godziny życie Masona  przepływa nam przez palce. Ogarnia nas melancholia i smutek. Nagle spostrzegamy się, że jesteśmy takimi samymi ludźmi jak on i wtedy
zaczynamy płakać.



Linklater, być może jak żaden inny reżyser, potrafi bez ściemniania opowiadać o blaskach i cieniach dorastania. Na swoich młodocianych bohaterów spogląda z czułością, zrozumieniem i poczuciem humoru.  Nie poucza, nie moralizuje i niczemu się nie dziwi. Daje historii się dziać, płynąć własnym nurtem. Sam staje z boku i z zaciekawieniem się przygląda. Młodość – mówi reżyser – jest wciąż taka sama: kipiąca energią i głodna nowych doświadczeń, a zarazem niepewna siebie, zlękniona. Przywiązana do  rodziców, a jednocześnie coraz bardziej nimi rozczarowana. |


"Boyhood" oczarowuje szczerością i prostotą opowieści. Dla wielu z widzów, zwłaszcza rówieśników Masona, stanie się z pewnością ważny i bliski. To film, który ma szansę na osiągnięcie statusu kultowego. Dzisiaj ma już „na swoim koncie”trzy  Złote Globy: za najlepszy film, najlepszą aktorkę drugoplanową i za najlepszą reżyserię oraz sześć nominacji do nagrody Oskar.  Linklater sprawił, że to chwila złapała mnie w bezruchu i zatrzymała ze sobą. Myślę, że to właśnie jest magia kina. 


Nie ma się z czego cieszyć

Wczoraj odbyła się konferencja poświęcona Narodowemu Programowi Rozwoju Czytelnictwa na lata 2014 - 2020 oraz wynikom najnowszych badań poziomu czytelnictwa w Polsce.  konferencji udział wzięli: Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, prof. Małgorzata Omilanowska, Minister Edukacji Narodowej, Joanna Kluzik-Rostkowska, dyrektor Instytutu Książki, Grzegorz Gauden oraz dyrektor Biblioteki Narodowej, Tomasz Makowski.
 Okazuje się, że zatrzymano spadkowy trend czytelnictwa w Polsce. Otóż w tym roku aż 41,7% społeczeństwa przeczytało chociaż JEDNĄ książkę. Jest to o 2,5% wyższy wynik niż w ubiegłym roku. Wszyscy są zadowoleni, ministerstwo skacze, tylko ja płacze. Nadal ponad połowa obywateli jest w cieniu intelektualnym i nie czyta niczego wykraczającego poza kolorowe magazyny i opisy sposobu przygotowania "chińskiej zupki". Zastanawiam się też, co oznacza jeżeli ktoś przeczytał jedną książkę. Co to było? Może książka przyjaciela dziecka koleżanki, może poradnik "jak czytać więcej, gdy się nie chce", może romansidło kupione w kiosku? Na 100% nie było to nic ambitnego. Osoby, które czytają więcej niż siedem książek rocznie są mniejszością, bowiem stanowią ok.10%. Dla mnie to nawet jeszcze nie jest pełno wartościowy czytelnik, więc w takim razie gdzie ja jestem, skoro czytam 100 pozycji rocznie? Może znalazł by się dla mnie procent? Pół procenta? Ćwierć?


Kto czyta najwięcej? Osoby między 15 a 19 rokiem życia (71 %) oraz uczniowie i studenci (73 %) - w obu tych grupach najliczniej występują czytelnicy regularni i intensywni. Po książki sięga aż 80 % dzieci matek z wykształceniem wyższym, z czego aż 32 % należy do czytelników intensywnych. Ponadto - osoby zadowolone ze swojej sytuacji materialnej (54 %) oraz mieszkańcy miast powyżej 100 tys. mieszkańców (ponad 50 %). Najmniej natomiast czytają osoby powyżej 60 roku życia (34 %), mieszkańcy wsi (34 %), rodziny o dochodzie mniejszym niż 2 tys. zł (30 %) oraz emerytowani rolnicy (14 %).
Może kiedy pokolenie Z będzie dorosłe, to stan czytelnictwa skoczy do 70%. Marzenia...

Dla mnie świętowanie i zachwycanie się takimi wynikami jest żałosne. Zero ambicji.

Paulina

piątek, 23 stycznia 2015

"Harry Potter" vs. "Szkoła Modlitwy i Cudów w Hogwarcie"

Czy jest na tym świcie osoba która nie zna "Harrego Poterra"? Może gdzieś kryję się jeszcze jakiś Robinson Crusoe, ale dla pokolenia Z jest to książka kultowa i może nawet podstawa biblioteczki młodego czytelnika. Wszyscy znają Harrego, Hermionę i tego rudego, którego imienia nie umiem wymówić. Wszyscy chcieli by znaleźć swoją szafę, która przeniosła by ich do Narnii i wszyscy by chcieli dostać zaproszenie do szkoły Hogwart. Wszyscy wiedzą kim jest Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wypowiadać. Jak mówi Wikipedia: "Wszystkie siedem części spotkało się z olbrzymim uznaniem na całym świecie i odniosło potężny sukces. Za sprawą 445 milionów egzemplarzy Harry Potter jest najlepiej sprzedającą się serią książek w historii". Harry Potter był dla wielu drzwiami do świata literatury, przystanią bezpieczeństwa, dobrej zabawy i dreszczyku emocji. Mimo to stał się powodem do sporów na tle politycznym i religijnym. Niektóre środowiska chrześcijańskie zarzucają serii promowanie magii i okultyzmu. Problemem jest to, że w książce magia przedstawiona jest jako coś dobrego.




Główny egzorcysta Watykanu Pater Gabriele Amorth ostrzega, że lektura książek o Harrym Potterze w prostej drodze prowadzi w sidła „księcia ciemności”, czyli innymi słowy w pułapkę satanizmu - pisze na swoich łamach brytyjska gazeta „The Sun”. 
Gazeta cytuje Amortha: - „Zaczyna się niewinnie, od czytania historyjek o Potterze, który wydaje się być miłym czarodziejem, ale w końcu czytelnik wpada w ręce szatana. Nie ulega wątpliwości, że te powieści zawierają rękopis diabła. Małe dziecko wychowywane jest tu przez magię – stąd już tylko mały krok do satanizmu i Złego”.
Nawet papież Benedykt XVI ostrzegał przed czytaniem książek Joanne K. Rowling, używał przy tym jednak bardziej wyważonych słów: - „Historie te pełne są pułapek, pokus, które działają niepostrzeżenie na młodą, nieukształtowaną jeszcze duszę. Mogą zniszczyć wiarę, zanim ta wzrośnie”.Kościół.pl 


"Na szczęście" znalazła się Pani, która postanowiła napisać Harrego Pottera od nowa, tylko wszystko co "szatańskie" zamienić na "chrześcijańskie". I tak powstała "Szkoła Modlitwy i Cudów w Hogwarcie". Przepraszam, ale już sam tytuł powoduje, że spadam ze stołka. Proudhousewife (w wolnym tłumaczeniu: dumna pani domu), czyli nasza "bohaterka" zmienia całą twórczość J.K. Rowling na "przyjazną rodzinie".(Już się chyba nie podniosę.) Jako "dobra matka" nie może w końcu czytać swoim dzieciom pod poduszkę tak demonizującej książki.   Na razie zostało opublikowanych 9 rozdziałów, dzięki którym wasze dzieci "nie przemienią się w wiedźmy".

Dobra wersja Harrego

W wersji Proudhousewife , tak jak w oryginale Harry mieszka pod schodami u swojego wujostwa i tutaj zaczynają się zmiany. Ciotka Petunia i wujek Vermont są ateistami i czytają książki Richarda Dawkinsa (brytyjski publicysta, biolog, ateista), wierzą w ewolucje i socjalizm. Hagrid, który zaprasza Harrego do Hogwaru ma zawieszony na szyi krzyż.  Harry i jego przyjaciele są dobrymi chrześcijanami i jedynym który może przeszkodzić im w sielance życia jest szatan- Voldemort. 
Oto fragment fanficka:
Szkoła Modlitwy i Cudów w Hogwarcie! - zawołał Harry i klasnął w dłonie. Kiedy tylko usłyszał nazwę, poczuł ogarniający go wewnętrzny spokój. Chciał zaznać więcej tego spokoju i nauczyć się jak być dobrym chrześcijaninem. A jak teraz zrozumiał: jedno pociągało za sobą drugie.
- Chcę tam iść - zawołał.
Hagrid uśmiechnął się radośnie. Tak gorąco modlił się dziś o możliwość uratowania czyjejś duszy. Był bardzo szczęśliwy, że mógł ocalić duszę tak słodkiej i młodej osoby jak Harry. Dobrze, że zdążył na czas. W końcu za pięć lat Harry mógłby być już spółkującym, zażywającym narkotyki zwolennikiem teorii ewolucji.
- Nie bądź niemądry, Harry - rozkazała ciotka Petunia, zacierając kościste ręce: - Wejdź do domu, poczytam ci o ewolucji z książek Dawkinsa. Nie potrzebujesz tej głupiej religii!
Na niewinnej twarzy Harry'ego pojawiła się oznaka niepokoju. Począł się nad tym wszystkim zastanawiać.
Dursleyowie byli jedynymi rodzicami, jakich kiedykolwiek miał, a ich dom jedynym domem, jaki kiedykolwiek poznał. Czy mógłby ich tak zwyczajnie zostawić?
Jednak teraz był ocalony, zmówił "modlitwę grzesznika", i wiedząc to, co teraz wie, nie mógł tam dłużej zostać. Nagle wiedział, co robić.
- Nie, ciociu Petunio - powiedział z dziecięcą mądrością i prostotą. - Ewolucja nie jest prawdziwa, pójdę do Hogwartu.
- Nie, nie, Harry - zapiszczała ciocia Petunia - mam inny pomysł. Będziesz mógł dzisiaj drugi raz obchodzić swoje urodziny. Lubisz urodziny, prawda?
- Urodziny nie są darem Boga. Możesz próbować mnie przekupić, ale wybaczam ci to, ciociu, zgodnie z tym, co jest zapisane w Biblii. (" Lecz Jezus mówił: 'Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią'. Potem rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy" - fragment Ewangelii Świętego Łukasza).
Hagrid spojrzał na Harry'ego z podziwem. Był pod wrażeniem tego, że Harry był zdolny wybaczyć komuś, kto tak go skrzywdził, jak ta ciotka Petunia. Dzięki temu Hagrid na nowo zrozumiał naukę o wybaczeniu z Ewangelii św. Mateusza

 tekst: http://wyborcza.pl/1,75475,16721894,Powstaje_chrzescijanska_wersja__Harry_ego_Pottera__.html#ixzz3OVtxymWu


Mój tata nazwał to "czepianiem się". Sytuacja jest podobna jak w sytuacji "Buszującego w zbożu". Ową książkę odnaleziono w domu zamachowca i tak stała się w niektórych amerykańskich szkołach zakazana. Dodajmy, że w książce są śladowe ilości jakikolwiek przemocy. "Harry Potter" to nie jest podręcznik "jak szybko stać się złym".  Jeżeli tak na to spojrzeć to spalmy całą literaturę fantasy i przenieśmy się do średniowiecza.

Zdania na temat książki są podzielone, niektórzy serdecznie dziękują za to "dzieło na rzecz Pana" i inni (zdecydowana większość) nawołuje do przyjęcia Proudhousewife do zakładu psychiatrycznego.

Moje zdanie już na ten temat znacie, a jakie jest wasze?

Paulina

czwartek, 22 stycznia 2015

"Pokłosie", tylko mnie nie zlinczujcie



W każdym filmie opowiadającym o II wojnie światowej pojawia się wątek „dobrego Niemca”. Ma być on przeciwwagą do złej reszty społeczeństwa i uświadamiać, że tak samo i dobro i zło może kryć się w każdym z nas. Jak informują nas amerykańscy naukowcy, jeżeli damy człowiekowi odpowiednią ilość władzy i pozwolimy mu ją używać bez żadnych konsekwencji, to może w krótkim czasie przerodzić się w potwora, maszynkę do zabijania.
Hitler dał wszystkim Niemcom właśnie takie warunki. Wmówił mi, że są „lepszą rasą”, „ponadludźmi”. Zabijanie kogokolwiek nie łączyło się już z wyrzutami sumienia, a wizją poprawiania świata na lepsze. To czysty przypadek, że Adolf urodził się w Niemczech, mógł przecież równolegle po drugiej stronie Atlantyku urodzić się drugi pan przeświadczony o „niezwykłości” swojego narodu i tak zamiast jednego znienawidzonego narodu, mielibyśmy dwa. A Polska? Nie, tutaj nawet jeżeli urodził by się taki dżentelmen to by nie porwał żadnego tłumu. Why? Bo Polacy mają w sobie ten pierwiastek społeczeństwa, który brak innym. Bo Polacy to tylko biała niewinność i czerwona przelana krew. Bo jak jesteś Polakiem to jesteś skazany na bohaterstwo. Czy to u siebie, czy za granicą. Polacy zawsze byli wykorzystywani, a sami nigdy nikogo nie zniewolili, nie kopnęli w brzuch.
Słucham takich wypowiedzi odkąd się urodziłam i mam czasami ochotę powiedzieć „pip” patrioci. Fajnie jest być nacjonalistą, szowinistą? Co? Fajnie jest być lepszym, wyższym. Fajnie jest kogoś znieważyć....
Polakom czasami niewiele brakuje, by sami zaczęli o sobie myśleć jak o „super rasie”. 
Myślicie, że jak Polska była mocarstwem w średniowieczu to jak zagarnęła te wszystkie ziemie. Pacyfistycznie? Poprosiła; w stylu „ej, nie bądźcie tacy, nam też się coś należy”, a np. Ukraina na to „okey, możecie przejąć nasze ziemie i nami rządzić, ok.”. Podpowiem: nie, tak nie było. 
I to co teraz przeczytaliście to nie jest lista skarg, to nie jest sabotaż, czy kopanie dołków pod samym sobą. To jest spojrzenie sobie głęboko w twarz i oddanie siarczystego policzka z namaszczeniem. Chce wykrzyczeć, że wszystkie narody mają coś na sumieniu. Nobody is perfekt. Oczywiście nie chce nas porównywać do nacji, które zmiotły miliony obywateli, ale zrozumcie, że Polacy nie mają zapisanego w genach bohaterstwa! Nikt nie ma...





I tak tym dłuższym wstępem chciałabym przejść do filmu pt. „Pokłosie”. Film, który budzi jeszcze więcej kontrowersji niż moja wcześniejsza wypowiedź. Bo nie opowiada o teorii złych Polaków, ale o ich rzeczywistym bycie. 
„Pokłosie” to świetny, polski thriller. Rozpoczyna się  przyjazdem Franka z Ameryki (Ireneusz Czop)  do swojego brata Józka (Maciej Stuhr). Jak dowiadujemy się, jego brat ma na pieńku z lokalnymi ziomkami z powodu zerwania asfaltowej drogi z niewiadomego powodu. Józek milczy, a wieś nadal linczuje. W końcu brat przedstawia Frankowi pole pszenicy, którego dużą część zajmują stare, żydowskie nagrobki. Józek już nie jest w naszych oczach miejscowym rzezimieszkiem, a człowiekiem o ludzkich odruchach. Wkrótce z bratem odkrywa przerażającą historię wsi.
 Jak mówi Maciej Stuhr ten film nie jest statystyczny, nie mówi o tym, że wszyscy Polacy byli źli, lecz przedstawia sprawę z innej stronny. Niektórzy zarzucają: dlaczego nie tworzy się filmów o Polakach bohaterach. Jak nie tworzy? A „80 milionów”, a „Katyń”? A Agnieszka Holland? Mam dalej wymieniać?

„Pokłosie” nie jest o historii, tylko o tym co ta historii z nami robi teraz. Z mieszkańcami wsi w filmie i z nami, tutaj w Polsce.  Po premierze tego filmu brzydko mówiąc „zjechano” Sthura. I jak mówią krytycy filmowi; „Stuhr się bardzo starał, ale wypadły mu pejsy spod kapelusza”. Przetłumaczcie sobie to sami. 

Osoby, które uznały to dzieło jako odkupienie win Żyda (patrz Maciej Stuhr), upodobniły się do mieszkańców filmowej wsi. Stały się brudnym społeczeństwem mówiącym po cichu „żydek”. Na nowo wyłonił się Polski antysemityzm, który zawsze się zbyt dobrze ukrywał, by o nim mówiono. Jak młody Stuhr wypowiedział się w Gazecie Wyborczej: „Antysemityzm jest strasznie głupi, jest niczym uzasadniony.” Dodajmy, że może być szalenie niebezpieczny. 



Maciej Stuhr:


Człowiek, którego dom miał zagrać w filmie jeden z głównych obiektów, po zapoznaniu się ze scenariuszem wycofał się z podpisanej już umowy. Nawet nie był przeciwko, tylko się bał, że go spalą. Albo np. przychodzili statyści i pytali: „Co wy kręcicie? Aha, no to wezmę udział, tylko żebym Żydka nie musiał grać”.


Dążmy do tego by takie słowa padały jak najrzadziej. By w końcu stać się tolerancyjnymi (nie tylko z nazwy) obywatelami. To co przedstawia nam film, może wydawać się na pierwszy rzut oka nierealistyczne, wyssane z palca. Ale czytając co drugą recenzje będzie nam stawał przed oczami obraz zwartej grupy mieszkańców wsi z zakorzenionymi w podświadomości stereotypami i lękami przed samym sobą. 



„To nie jest film, który ma Polakom zrobić krzywdę, dokopać im, napluć we własne gniazdo. Ten film jest o tym co my mamy z tej historii zrozumieć. Że mogą zdarzyć się takie przypadki, skrajne, statystycznie może nawet nie istotne, że może z Polaków, z Ciebie i ze mnie wyjść coś strasznego. Nie możemy wierzyć, że Polacy robili tylko świetlane rzeczy, to się możemy kiedyś znowu zdziwić. A jak przyjmiemy te wiedzę, kurcze, uwaga, bo może się znowu jakoś tak zawirować, że znowu staniemy przed faktem i będziemy tę wiedzę zamiatać pod dywan. A kiedy tą wiedze przyjmiemy, to może będzie nam się łatwiej bronić, przed samym sobą.” Jak dodaje Maciej Stuhr w rozmowie z Tomaszem Lisem. 

Miejmy świadomość tego, że wśród beczącego stada owiec, w którym każdy osobnik jest taki sam i jest jedynie dopełnieniem całości, paradoksalnie znajdzie się czarna owca, które dostrzeże pewne niezgodności. Na kilku Franków mówiących „poznałem dobrze Żydków w Chicago” przypada jeden prawy Józek „mówi się Żydzi, nie Żydki”. Można się zastanawiać po co prać stare brudy, po co wyciągać trupa z szafy? Ale właśnie takie czyny sprawiają, że stajemy się silniejsi przed samym sobą. Tak uważa reżyser Pasikowski i jak najbardziej staje po jego stronie. Ten Pan wywołał dwa lata temu (2012) taką burzę, że gdybym sama była twórcą filmowym to bym ją wolała od obojętności wobec mojej twórczości. Poruszył wiele trybików w ludzkich głowach i za to chapeau bas. 

Paulina 




sobota, 17 stycznia 2015

Osobliwy dom Pani Peregrine, czyli jak rozpocząć karierę pisarską


Wyobraźmy sobie, że znajdujemy kilka starych zdjęć. Ponieważ mamy talent, postanawiamy, że napiszemy na ich podstawie powieść. Koń by się uśmiał! Zupełnie randomowo wylosowane fotki i mamy z nich stworzyć jakąś historię?! I jeszcze te zdjęcia, co one niby przedstawiają? Latające dzieci i naćpanych Mikołajów. Można by pomyśleć, że Ransom Riggs zwariował, ale w tym szaleństwie jest metoda: powieść utrzymywała się przez ponad rok na liści bestsellerów New York Timesa. Historia na swój sposób prosta. Dziadek opowiada swojemu wnuczkowi Jacobowi nieziemskie historie o swoim dzieciństwie, które przeżył w angielskim sierocińcu. Historie tak nieprawdopodobne, że chłopiec wraz z mijającym czasem przestaje w nie wierzyć, ale zdjęcia którymi dziadek podpierał swoje opowieści nadal istnieją. Nadal leżą w zakamarkach szuflady czekając, aż w końcu ktoś odkryje co za nimi stoi. Jacob marzy o przygodach, ale na razie co mu pozostaje to praca w sklepie, do czasu aż dziadek w tajemniczy sposób umiera. Chłopak postanawia poznać tajemnice związane ze starym sierocińcem w Anglii. I teraz czas na typowe pytanie: czy uda mu się?


Pierwsze to co można zarzucić autorowi to, że ma świetne pióro i każdy chciałby mieć taki debiut. Wydawnictwo Media Rodzina zrobiło świetny interes podpisując kontrakt na tą książkę (dodając, że jest jeszcze druga część). Autor umie świetnie budować napięcie. Samo rozwiązanie zagadki nie zadowoliło mnie. Można było inaczej, ale historia nadal utrzymywała należyty poziom. Uważam, że zwłaszcza początek książki można polecić dorosłym czytelnikom. Nie jest to stricte książka dla młodzieży.


Jak już wiecie z moich wcześniejszych recenzji nie specjalnie lubuje grozę w literaturze, ale to co mi serwuje Riggs jest na odpowiednim poziomie. Były czasy kiedy nie mogłam zmrużyć oka właśnie przez tą lekturę. I jeszcze zdjęcia. Jeżeli ten autor zamierza pisać w taki ilościach jak King, to długość mojego życia skróci się co najmniej o połowę. :)

To pozycja, którą w głębi duszy poszukuje każdy z nas. Ludzie potrzebują zagadek, tajemnic z przeszłości i dreszczyku emocji. Ta adrenalina nas pociąga. Lubimy ryzyko, co czasami może być niebezpieczne. Ale nie bójmy się takich książek. "Osobliwy dom Pani Peregrine" to to czego nam potrzeba: wkroczenie literatury do naszego życia.

Dla tych których w żaden sposób nie przekonam do przeczytania książki, zachęcam do wybrania się w przyszłości do kina na film na podstawie "Osobliwego...", który będzie reżyserował Tim Burton!

Paulina

P.S. Wydanie majstersztyk.

piątek, 9 stycznia 2015

Krwawy jazz, czyli "Whiplash"


Bum!
Bum!
Bum!
Bum!
Bum!
Bum!
Bum!
Bum!
Bum!

To słyszymy kiedy zaczyna się film i uwierzcie, ale ten dźwięk będzie wam towarzyszył przez cały seans filmu. Widzimy młodego chłopaka, "walącym" z zaangażowaniem w przedmiot potocznie nazywany perkusją. Dla niego ma się on stać drzwiami do kariery. I zaraz na oczach staje nam mężczyzna, dobrze zbudowany facet po 50, z głową, która dawno nie widziało ani jednego włosa. Od razu czujemy do niego dystans. Mimo, że jest w tej scenie gęsta atmosfera, tak że dało by się zawiesić w powietrzu siekierę, gdzieś daleko unosi się żart. Wiemy, że ten nie wyglądający na miłego pan jest kimś ważnym, ważnym ale klasyfikujemy go do tej "złej grupy ludzi".

Przez cały film mamy zawahania. Ciągle mamy mieszane uczucia wobec Fletchera. Nasza podświadomość mówi nam; "To zzzłłłłłyyyyyy człowiek, pełeeeennnn ageeeessssjiiii". ale reżyser próbuje pokazać sytuacje z innej strony, chce pokazać też stronę samego Fletchera. My widzimy tylko wściekle rzucającego krzesłami dyrygenta, którego widok przyprawia nas o gęsią skórkę. A co jeżeli tak trzeba? Przecież bez oziębłej dyscypliny nie było by największych gwiazd jazzu i nie tylko. Przecież wszyscy nauczyciele mają za priorytet dobro ucznia. Może w metodzie bólu, potu i kwi jest reguła?

Na to pytanie będziecie szukać odpowiedzi jeszcze długo po seansie.

Kontrasty w tym filmie przybijają największą uwagę. Jak małe żółwie ninja nie zauważalne, ale jakże ważne. Tu chłopak jest na randce, a tu wypluwa swoje siódme poty na kawałku metalu. To daję wrażenie jak trudne jest dążenie do perfekcji i jak Fletcher znęca się nad swoimi uczniami. Cały czas w kinie miałam podkulone nogi i zaciśnięte pięści czekając co będzie dalej. To nie jest thriller, ale bardzo emocjonujący film. Daje on kopa i bije "z liścia" po twarzy. Nie raz i nie dwa scena tak mną wstrząsnęła, że mimo że nie byłam na 3D, 4D, 5D czułam że coś trzęsie moim fotelem. Ba! Kinem! To był "Whiplash"!



Bum!
Bum!
Bum!
Bum!
Bum!
Bum!
Bum!

Jestem pewna, że nikogo ten film nie zawiedzie. Czytając recenzje miałam wrażenie jakby krytycy się umówili i okrzyknęli wspólnie że :"Whiplash'owi" dadzą fory. Ale ten film po prostu jest....bombą. Ciągle tykającą bombą zegarową wybijającą rytm niczym perkusja. Oczywiście znaleźli się tacy, którzy wygarnęli, że 1. za dużo perkusji (to film o perkusiście!) 2. że film muzyczny to ciężki chleb. Ale kochani! Ten film nie tylko zarobi na ten przysłowiowy chleb, ale będzie czekał w kolejce po Oscary.


z Fan Page'a Tytusa Hołdysa, rozmowa z Karolem Paciorkiem

Drugim ważnym punktem tego filmu są aktorzy, a konkretnie dwójka: J.K Simmons i Miles Teller.
Gra cacuszko! Oglądać i nie przejmować się całym bożym światem. Wszystko jest naturalne i o dziwo subtelne. Czarna marynarka, czarna koszula, czarne spodnie, czarne i dobrze wypastowane buty, twarz dzięki której teraz nie mogę zasnąć i zupełnie łysa głowa. Pan Fletcher wita! Tylko uważaj na krzesła i jeżeli masz czułe uszy, to je najlepiej zatkaj!

Biała, rozciągnięta koszulka, stare, zużyte trampki i powaga na twarzy. To jemu, Andrew będziesz kibicował do końca filmu.


Można pomyśleć, że historia banalna, ale to jest życie. Damien Chazelle  przedstawia nietypową prozę życia młodego ambitnego ucznia i jego wymagającego nauczyciela. Skrycie wierzymy, że nastolatek zyska wymarzoną karierę, dziewczyna będzie z nim szczęśliwa, a Fletcher będzie z niego dumny. Teraz mogę się z was śmiać: jak bardzo się mylicie!



"Whiplash" jest również dobrze technicznie zgrany. Ujęcia nut, krwi, instrumentów, wyjmowanych kolejno plastrów i mimik twarzy bohaterów. To sprawia, że wszystko wygląda bardzo przystępnie i stawia film jeszcze wyżej.



Przez cały seans miałam mgliste wrażenie, które niczym zasłona opadało na rozgrywającą się akcje, a mianowicie: boks. Kiedy Andrew szedł korytarzem, miałam wrażenie jakby rozgrzewał się przed walką, którą była gra na perkusji. Za każdym razem musiał walczyć z samym sobą, by osiągnąć np:. lepsze tempo. Nauczyciel natomiast przypominał mi maga, lub jak kto woli Snape'a z "Harrego Pottera". Drzwi jak za sprawą jakieś magicznej mocy otwierały się przez panem, a potem zapadała grobowa cisza. Na jedno skinienie palca rozbrzmiewała muzyka jazzowa. Jedno spojrzenie mogło decydować o tym czy nadal grasz w jego orkiestrze. Pan J.K Simmons bardzo mi zaimponował. Mam nadzieje, że wypowiadanie przekleństw z taką siłą i dynamiką nie wyniósł z domu. :)



Podsumowując, w "Whiplash" oprócz świetnej gry aktorskiej, ujęć,znajdziemy również świetną muzykę. Nie wiem czy Teller naprawdę umie grać na perkusji, ale przez pryzmat filmu, na razie w moich oczach jest świetnym muzykiem. "Whiplash" tak na prawdę opowiada o dążeniu do perfekcji, ale jak mówi przysłowie "po trupach". Pokazuje, że jazz to nie są przelewki i jak głosił plakat w pokoju Andrew: "Beztalencia grają w zespołach rockowych". Cały film przypomina jeden, wielki utwór muzyczny, raz zwalniający, za drugim razem przyspieszający. W finałowym momencie nabiera tempa, gdzie dźwięki orkiestry , wspiera dodatkowo popisowy montaż i energiczna praca kamerą. "Whiplash" jeszcze długo będzie grał w mojej głowie.


Maciejka (Paulina)


P.S. Szczerze poszłam bym na to jeszcze raz, a obejrzałam go już dwa razy. :)