sobota, 14 marca 2015

Biegnąc przez powstanie, czyli "galop 44"


Wyobraźcie sobie, że podróże w czasie są normą. Jak byście z nich korzystali, gdzie najczęściej byście podróżowali? Może chcielibyście zobaczyć dinozaury i inne stwory, o których jeszcze nie mamy pojęcia, że istniały? Może starożytni Grecy was interesują? Wczesne średniowiecze? Odkrywanie nowych kontynentów? Rewolucja przemysłowa? A może chcielibyście zobaczyć, jako obserwator II wojnę światową? Zrozumieć okropieństwo, które miejmy nadzieję się nigdy nie wydarzy. Do tego nie potrzeba wehikułu czasu, potrzebny jest tylko "Galop 44".

Mikołaj w przedziwny sposób trafia ze współczesnej Warszawy w sam wir dramatycznych wydarzeń powstania warszawskiego. Jego starszy brat Wojtek decyduje się na podróż, która zakończy się kilkadziesiąt lat wcześniej, aby wydostać Mikołaja z powrotem.. Obok fikcji literackiej zostały zamieszczone fakty historyczne. 
Dla obu braci ta podróż, w wyniku której trafili do powstania, spowodowała, że przeszli szkołę życia. Poznali realia, jakie były w czasie Powstania. Zaś Wojtek przestał bagatelizować sprawy Powstania Warszawskiego, ale i w końcu zrozumiał, jak ważny jest dla niego młodszy brat.

Książkę to dedykuję przede wszystkim młodszym czytelnikom (11, 12, 13 lat), ale jak najbardziej można ją również podsunąć dorosłemu. Na pewno się nie obrazi :)

Ciekawą osobistością jest autorka książki - Monika Kowaleczko - Szumowska. Jak dowiedziałam się jest ona tłumaczką literatury dla dzieci, książek popularnonaukowych, a także (uwaga) materiałów do Muzeum Powstania Warszawskiego. Wiec nie traćcie czasu szukając fałszu w "Galopie 44", ponieważ go nie znajdziecie. Większość historii odnalazła w Archiwum Historii Mówionej, prowadzonym przez MPW, część usłyszała bezpośrednio od powstańców. Cóż wam tylko pozostaje? Polecieć czym prędzej do księgarni!

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Literacki Egmont.



Paulina

poniedziałek, 2 marca 2015

(Niezwykłe) "Przygody Tintina, Krab o złotych szczypcach"

Jak możecie zauważyć rozpoczynam nowy cykl: recenzje komiksów. Jest to dla mnie wyzwanie, ale mam nadzieje, że jakoś wciągnę się w ten przedziwny "świat obrazków". Ostatnio pojawiła się moja opinia na temat "Zabójcy", dziś czas na "Przygody Tintina, Krab o złotych szczypcach". Jest to moja pierwsza styczność z tym komiksem, ale nie pierwszy i nie drugi z postacią detektywa Tintina. Jako miłośnik bajek animowanych musiałam obejrzeć film, który powstał na podstawie właśnie tych historyjek.

 Po raz pierwszy  przygody ukazały się 1929 r. jako komiks prasowy w dziecięcym dodatku jednej z belgijskich gazet. Pierwszy kompletny album o jego przygodach opublikowano w roku 1930 był to Tintin w krainie Sowietów. W sumie w latach 1929 – 1986 powstały 24 albumy. O ich niezwykłej popularności świadczą statystyki - każdego roku na całym świecie sprzedaje się ponad 2 miliony egzemplarzy Tintina. Albumy publikowane są w 80 językach!
Zaskakująca jest również sprzedaż owej książki, bo wynosi ona aż 200 mln sztuk egzemplarzy. "Przygody są nadal wydawane przez wydawnictwo Literacki Egmont, dzięki któremu miałam przyjemność zapoznania się z "Przygodami Tintina".


Tym razem nasz detektyw musi zmierzyć się z zagadką przemytu narkotyku opium, fałszywych monet. Akcja dziać będzie się na morzu, pustyni i nie tylko. Ta 60-stronicowa historia zapewni wam wspaniałą rozrywkę, którą dedykują zarówno młodszym, jak i starszym (moim "królikiem doświadczalnym była dziesięcioletnia siostra).  Również w tym tomie, Tintin po raz pierwszy spotyka Kapitana Baryłkę, który jest powodem wielu nieporozumień i zamieszań. Tym, który podczas lektury
 rozśmieszał dzieciaki będzie Miluś- przesłodki piesek, towarzysz głównego bohatera. 


Komiks czyta się szybko, (i mówiąc kolokwialnie) "daje się porwać". Niektóre ilustracje zrobiły na mnie ogromne wrażenie i na pewno pozostaną w mojej głowie na długo.

Na sam koniec mogę tylko zachęcić to zakupu 
"Przygód Tintina". Świetny pomysł na prezent dla młodych czytelników, nie tylko fanów komiksu.


niedziela, 1 marca 2015

Czas żniw



Samantha Shannon (rocznik '91) to okrzyknięta drugą Rowling autorka debiutu dystopijno-fantastycznego, głośno komentowanego w literackim światku i naprawdę obiecującego Czasu ŻniwW 2012 roku podpisała kontrakt z wydawnictwem Bloomsbury Publishing na wydanie 3 pierwszych książek z 7 tomowego cyklu, który otwiera powieść "Czas Żniw".  Książka została przetłumaczona na 28 języków między innymi na polski i niemiecki. Zapowiada się bardzo dobrze!

Główną bohaterką jest dziewiętnastoletnia Peige Mahoney. Pracuje ona w kryminalnym podziemiu Sajon Londyn. Jej szefem jest Jaxon Hall, na którego zlecenie włamuje się do ludzkich umysłów. Jasnowidztwo w świecie, w którym żyje jest nielegalne. Mamy rok 2059.

 Jedna, niepożądana sytuacja w środku lokomocji, której wynikiem staje się śmierć, przewraca Paige życie o 180'. Nastolatka trafia do kolonii karnej, w Oksfordzie. Nad tym tajemniczym miejscem kontrole sprawują Refaici - stara rasa biologiczna nieśmiertelnych, zamieszkujących Międzyświaty istot karmiących się aurą jasnowidzów. Opiekę na Mahoney sprawuje Naczelnik, jest jej trenerem i 
nauczycielem. Jak sądzi główna bohaterka - jej naturalnym wrogiem.  Dziewczyna będzie musiała się dostosować do panujących zasad w kolonii, w której została przeznaczona na śmierć.

Początek książki był dla mnie trudny i tylko sobie powtarzałam "w co ja się wkopałam". Czytałam uważnie, by móc jak najlepiej zrozumieć świat Sajonu. Jak pisze Jarosław Czechowicz: "Takiej wizji nie powstydził by się nawet Orwell". Rzeczywistość w jakiej żyje Paige jest okrutna, pełna brutalności i grozy. Pierwszy raz spotykam się z tego typu uniwersum, dlatego przywyknięcie do norm panujących w nim była dla mnie trudne. Bez dokładnej analizy dodatków załączonych do książki (słowniczek, mapa) jej lektura jest, moim zdaniem, niemożliwa, gdyż świat wykreowany przez autorkę jest skomplikowany i wyjątkowo złożony. Naprawdę trudno byłoby przebrnąć przez początek bez znajomości podstawowych pojęć w uniwersum powieści, a i z tą wiedzą nie jest to łatwe. Dla przykładu świat Harrego Pottera przyswajamy łatwiej, ponieważ wszyscy znamy pojęcia takie jak różdżka, magia, teleportacja. Jednak gdyby przeprowadzono ankietę, tylko nielicznie znali by takie pojęcia jak senny krajobraz, śniący wędrowiec, Flux. Ale uwierzcie mi na słowo, że z każdą kartą będzie lepiej, a wy będziecie czerpać z tej lektury rozrywkę najwyższych lotów. Dlatego apeluje: nie zniechęcać się na początku! Zrozumiano?
Muszę przyznać, że autorka wpadła na genialny pomysł - niby jest to banalna dystopia z klimatami fantasy, ale wszystko jest tak odmienne, że nie sposób przyrównać Czasu Żniw do jakiejkolwiek innej książki. Samantha Shannon bez wątpienia pracę nad tekstem poprzedziła obszernymi przygotowaniami, które teraz wydają swoje niesamowite plony. Intryga porywa nas do wnętrza powieści i nie wypuszcza aż do samego końca. Ową lekturą przeczytałam w zaledwie trzy dni, a liczy sobie ona ok. 500 stron. To o czymś świadczy! 

Podczas czytania miałam pewne wrażenie, że ta pozycja literacka ma swe nawiązania do Harrego i Igrzysk Śmierci. A w szczególności do powieści J.K. Rowling. Siedem tomów, słowniczek - a może to tylko złudzenie. 

Bardzo cieszę się, że przebrnęłam przez pierwsze karty "Czasu żniw", by móc później mieć z niej fun. Choć autorka rzuca na na głęboką wodę,  to nie jest to zemsta, lecz forma nauki. Gwarantuję Wam, że gdy sięgnięcie po Czas Żniw,
 to będziecie zachwyceni.

Paulina

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN


czwartek, 26 lutego 2015

Triumf owiec


Drugą powieścią Leonie Swann jest "Triumf owiec", kontynuacja "Sprawiedliwości owiec". Owce powracają w wielkim stylu, lecz zamiast zagadki morderstwa, mamy zagadkę Garou, tajemniczego Garou.




Owce z Glennkill opuszczają bujne zielone łąki Irlandii i przybywają do zaśnieżonej Francji z nową pasterką Rebeką, córką zamordowanego starego pasterza George’a. Rebece towarzyszy jej matka, które jest powodem wielu kłótni. 
Zatrzymują się na zimowym pastwisku w pobliżu starego zamczyska, w którym kiedyś mieścił się zakład dla obłąkanych. Matka Rebeki (z zamiłowania wróżbiarka) wróży,  że stanie się coś złego (czemu trudno się dziwić, bo w jej talii brakuje wielu kart zwiastujących dobre zdarzenia). Rzeczywiście zaczyna się coś dziać. Owce dowiadują się od swoich nielubianych sąsiadek kóz (które zdaniem owiec cuchną i są szalone), że w okolicy grasuje tajemniczy potwór zwany Garou…

Kim jest Garou? Wilkiem z legend opowiadanych małym owieczkom przed zaśnięciem? Wilkołakiem? Nie tylko owce, ale również i wy będziecie przerażeni obrotem spraw, podczas lektury. 
A kiedy już dowiecie się kim jest Garou, to co wtedy będzie? Wtedy będzie sprawiedliwość. I triumf owiec.

Książkę czytało mi się zadziwiająco szybko i jestem zadowolona, że właśnie po nią sięgnęłam. Choć trochę więcej ze mnie fanki "Sprawiedliwości...", to ta pozycja literacka była również świetną rozrywką. Owce dalej są tak samo błyskotliwe,urocze i komiczne jak były do tej pory.Uwielbiam je za rozumowanie i szalone pomysły,jakie rodzą się w ich owczych głowach.A dialogi prowadzone między nimi są mistrzowskie.Składam hołd w stronę autorki za to,że udało jej się wymyślić tak fascynujące owcze osobowości. Jakby wam owiec było mało,to w tej części oprócz nich mamy również stadko równie zabawnych kóz.Po raz kolejny mamy nieźle prowadzoną intrygę (której rozwiązanie nie jest tak oczywiste). Jest humor, jest zagadka, znajdzie się też i filozofia. A wszytko w przyjemnej oprawie pełnej humoru i odrobiny... grozy.
Paulina

Książkę otrzymałam dzięki hojności wydawnictwa Amber

A co będzie, kiedy już odkryją, kto zabił? Wtedy będzie... Sprawiedliwość!, czyli "Sprawiedliwość owiec"

Kiedy zdarzy się morderstwo ujęciem sprawcy zajmują się detektywi, policja. Ale nie w tym przypadku. W role spragnionych sprawiedliwości wczuwają się owce, które poszukują tego, który odebrał życie pasterzowi- George'owi. Owce postanawiają przeprowadzić śledztwo. A co będzie, kiedy już odkryją, kto zabił? Wtedy będzie... Sprawiedliwość!

Jak zapewnia nas wydawca, jest to "filozoficzna powieść kryminalna" i jak najbardziej mogę się z tym zgodzić. Współczesny świat opisany przez te zwierzaki, bywa szalenie zabawny i równie mocno "prawdziwy". Okazuje się, że ci spostrzegawczy obserwatorzy wiedzą 
o ludziach więcej, niż my sami wiemy o sobie. A owieczki, mówiąc kolokwialnie, są po prostu urocze.  Dawno nie spotkałam się z tak dziwnym podejściem do sztuki kryminału. Ale w tym szaleństwie jest metoda! Chociaż na początku lektury mamy wrażenie, że sprawa jest banalnie prosta i jej rozwiązani nie jest trudnością, to z każdą kolejną stroną akcja podkręca się, a my jesteśmy omotani niczym muchy w sieci pająka. Uwierzcie mi lub nie, ale nie rozwiążecie tej zagadki.  Oczekiwałam zupełnie innego obrotu sprawy i nie spodziewałam się takiego rozwiązania zagadki. Cóż, plus jedynie dla Leonie Swann świadome wprowadzenie czytelnika w błąd. A plusów dla Swann jest wiele. Przede wszystkim za pomysłowość. Poza książkami dla dzieci i "Folwarkiem Zwierzęcym" nie miałam styczności z powieścią w której bohaterami są zwierzęta. Plus za świeżę spojrzenie na kryminał i budowanie napięcia. Plus za owieczki (i mojego ukochanego Wieloryba). Plus za całokształt.
Owce nie należą do stworzeń gadatliwych. A to dlatego, że pyszczki mają często pełne trawy, a czasem trawę mają i w głowie.

Książka została okrzyknięta rewelacją literacką 2006 roku. W Polsce powieściowy debiut Leonie Swann okazał się największym przebojem w kategorii prozy obcej. Druga część serii pt.: "Triumf owiec" również zyskała licznego grono fanów.

"Sprawiedliwość owiec" mogę polecić wszystkim fanom zagadki i tajemnicy. Wszystkim, którzy kochają humor w literaturze. Wszystkim, którzy nie lubią się nudzić. Podsumowując; tą powieść polecam WSZYSTKIM.

Paulina
Książkę otrzymałam dzięki życzliwości wydawnictwa Amber.


Zapraszam również na stronę wydawnictw Amber (www.wydawnictwoamber.pl) gdzie do końca tego miesiąca obowiązuje zniżka: 50 % na New Adult , a pozostałe serie są objęte 25% upustem. 

piątek, 20 lutego 2015

Bądź swoją siłą

Zapraszam was do recenzji książki, którą czytałam niezwykle długo, bo przez 365 dni, jeden rok. "Bądź swoją siłą" napisana przez Demi Lovato jest zbiorem złotych myśli na każdy dzień, każdego miesiąca. Przyznam się bez bicia, że nie codziennie czytałam przemyślenia Demi, ale jak tylko sobie przypominałam o moim obowiązku- to od razu brałam się do roboty.

Ta piosenkarka, autorka tekstów, supergwiazda (jak podaje wydawca) dużo przeszła i chce podzielić się swoim doświadczeniem z młodymi ludźmi. Notatka z tyłu książki podaje, że borykała się ona z anoreksją, bulimią, samookaleczeniem, prześladowaniami w szkole. "Jej zakończona sukcesem walka (...) inspiruje dziś wielu, by być silnym." Myślę, że jest to przede wszystkim gratka dla fanów Demi Lovato i do tylko tego ograniczyłam bym grupę czytelników.

Codziennie jest to tylko kilka linijek tekstu, które zwykle są poprzedzone cytatami ważnych osobistości (Albert Einstein, Steve Jobs, czy dla kontrastu Lady Gaga). Uważam, że refleksje tej dziewczyny, mimo jej przejść, nadają przytoczonym słowom płytkie, banalne znaczenie.
Na razie książka będzie nadal stała na mojej półce i może jeszcze kiedyś do niej zjarzę z ciekawości co ma mi do powiedzenia Demi.

czwartek, 19 lutego 2015

Bajki dla "dużych" dziewczynek, czyli "Rywalki"


Często mi się zdarza że pod natłokiem różnych bestsellerów przeprowadzam selekcję pozycji literackich. Niektóre książki po prostu muszę odrzucić. Tak zrobiłam w przypadku "Igrzysk śmierci" gdzie tą książkę wyeliminowałam z mojej biblioteczki. Jednak pod wpływem koleżanek i zwiększającym się marketingiem tej lektury, w końcu zdecydowałam się poświęcić jej trochę czasu.

W przypadku "Rywalek" nie chciałam popełnić tego samego błędu. Mimo że po książkę sięgnęłam długo po premierze, to wciąż była ona powodem nowych postów na blogach literackich. W końcu biblioteka w moim mieście zakupiła całą serie i z uśmiechem od ucha do ucha powędrowałam do niej; wracając miałam pod pachą nowiutki egzemplarz "Rywalek". Początek czytałam bardzo uważnie, starając się niczego nie przegapić. Ale po kilkudziesięciu stronach zorientowałam się dlaczego ta seria ma takie wzięcie- odpowiedź jest prosta: typowy schemat z łatwością docierający do mas. Mamy przykład dziewczyny z średniego szczebla społecznego: piątki. Rodzice namawiają ją na wzięcie udziału w konkursie, w którym nagrodą jest poślubienie księcia. Nasza "buntowniczka" kocha jednak innego mężczyznę, lecz on jest z o wiele niższej kasty. Amelia (bo tak ma na imię nasza piękność) koniec końców się zgadza na wzięcie udziału w rozgrywkach. I ku wielkiemu zaskoczeniu czytelnika przechodzi pierwszy etap konkursu. Dalej nie czytałam, tylko przeskakiwałam co kilka stron by sprawdzić czy wszystko dzieje się po mojej myśli.
Historia do bólu banalna i zieje nudą! Gdyby istota za światów chciałaby mi dać talent pisania właśnie takich książek, odmówiłam bym. Przeglądając recenzje młodych pasjonatek takich "dzieł" co jakiś czas natrafiałam na stwierdzenie typu "każda z nas chce być księżniczką", "wszystkie marzymy o księciu". Autorka idealnie wstrzeliła się w upodobania nastolatek, w których jeszcze dużo pozostało z dziecka. Dziewczyny otrzymały powieść dla osób w ich wieku, która mieszał ich marzenia z dzieciństwa, trochę baśni i ich nastoletni różowy świat. Ja w tek lekturze nie odnalazłam niczego wartościowego.

Paulina

Pierwsze spotkanie, czyli "Zabójca"



Dziś mam dla was pierwszą recenzje komiksu. Jest to dla mnie nowość, więc prosze wybaczcie mi moje przyszłe błędy. "Zabójca" jest również dla mnie jednym z pierwszych komiksów pod względem czytelniczym. Sama po książki graficzne w księgarni sięgam bardzo rzadko ze względu na ceny, a w bibliotece egzemplarzy tej dziedziny sztuki jest znikoma ilość. Jednak ostatnio udało mi się znaleźć "Zabójce", polskiego autora- Andrzej Plilipiuka i rysownika Andrzeja Łaski.

Historia jest niezwykle dynamiczna i potrafi zaciekawić czytelnika. Jest ona oparta na pierwszych stronach książki "Kroniki Jakuba Wędrowycza". Kolory są ograniczone do czerni, bieli, czerwieni. Poszczególne klatki są duże, przez co autor komiksu musiał napracować się nad tym by w każdej z niej umieścić jak najwięcej informacji.

Niezwykle podoba mi się postać głównego bohatera Wędrowycza. Wygląda tak jak sobie wyobrażałam pod czas lektury powieści. Ma na nogach duże kalosze, niechlujne ubranie, coś w stylu kapelusza/czapki i potworny uśmiech na twarzy. Samozwańczy egzorcysta, łowca wampirów, kłusownik i bimbrownik – Jakub Wędrowycz powraca! Niszczy wszelką gadzinę, która stanie mu na drodze, ale czy poradzi sobie z zabójcą? Jedyny taki komiks wraz z bonusem w postaci opowiadania Andrzeja Pilipiuka. Sam komiks czyta się bardzo szybko i ma się ochotę na więcej. Charakteryzowany z lekka na "Sin City". Mam nadzieje, że przygoda z tym egzemplarzem, otworzy mi drzwi do świata historii opowiedzianych w obrazkach.

Paulina

wtorek, 17 lutego 2015

Wspaniałe USA, czyli "Ameryka po kaWałku"

Zapraszam was ponownie na wycieczkę po mocarstwie USA. Tym razem bez żadnych ściem omówimy sobie świetliste strony Stanów Zjednoczonych. Powiemy o parkometrach, niezawodnych bankach, wspaniałych drogach o których (my, w Polsce) możemy tylko śnić, o demokracji i gazetach pod drzwiami. O szczegółach, które na co dzień towarzyszą Amerykanom, przez co ich życie jest takie cool.

O ile wcześniejszą książkę Marka Wałkuskiego, "Wałkowanie Ameryki" można było nazwać luźnym reportażem, to zakwalifikowanie "Ameryki po kaWałku" jest o wiele trudniejsze. Wysłannikiem "Trójki" z misją poznania kraju za oceanem, Wałkuski był kilka lat temu. Teraz jest przesiąkniętym optymizmem turystą z aparatem na piersi. Sam przyznaje, że jego nowe dzieło jest zbiorem dóbr Ameryki. Przez co książka przestaje być obiektywna, a autor traci zdolność patrzenia na to państwo z innej perspektywy , patrzenia jak obserwator, z zewnątrz. Marisz Szczygieł - reportażysta, uważa tą zdolność za kluczową w karierze reporterskiej. Kiedy przeczytałam "Wałkowanie Ameryki" byłam tą pozycji literacką zauroczona i pragnęłam nawet serii podobnych "wypraw" dziennikarzy do państw naszego globu. Jednak lata robią swoje i takie książki trzeba pisać szybko, bo jak widać na przykładzie Marka Wałkuskiego "wszyscy możemy stać się dziećmi USA, ślepo patrzącymi w górę". Mimo to czas spędzony nad tą lekturą nie uważam za stracony i poznałam kilka ciekawostek. Jak dla mnie Pan Wałkuski stał się już obywatelem Stanów Zjednoczonych i żadne antidotum nie uratuje jego duszy reporterskiej. Czytając kolejne jego książki będziemy mieć wrażenie jakby pisał je stuprocentowy Amerykanin.
Paulina

piątek, 13 lutego 2015

Czytelnik gatunkiem wymierającym?

Umberto Eco kiedyś powiedział: „Kto czyta książki, żyje podwójnie”. Dzisiaj jednak często rezygnujemy z naszego drugiego wcielenia na rzecz łatwej rozrywki, jaką jest telewizja. Boimy się poświęcić czas i zaangażowanie dla kilkusetstronicowej powieści. Ostatni raz z literaturą mieliśmy styczność w szkole. Wmawiamy sobie, że to nie dla nas i ponownie sięgamy po pilota, nie wiedząc co tracimy.


Głównym problemem zmniejszenia poziomu czytelnictwa jest to, że czytając trzeba włączyć myślenie. Siedzenie lub leżenie (typowe pozycje podczas oddawania czci TV) w czasie konsumpcji kolorowych obrazków jest dużo prostsza, ponieważ nie wymaga od nas niczego. Zmęczeni po szkole, pracy włączamy magiczne pudełko, które towarzyszy nam podczas przygotowywania posiłków, spotkań z przyjaciółmi, chwilach relaksu, stając się nieodłącznym członkiem rodziny. Co słychać u celebrytów, jak perfekcyjnie posprzątać dom, przeprowadzić rewolucje w swojej kuchni – to nas dzisiaj interesuje. Można by powiedzieć – przeżywamy kilka istnień, ale ja podsumuję to słowami Wisławy Szymborskiej: „Żyjemy szybciej, ale mniej dokładnie”. Rozrywka kojarzy nam się z czymś lekkim, szybkim, łatwym i tylko te słowa uosabiamy z „przyjemnością”. Częściej kojarzymy ekranizację, niż same dzieła, na której podstawie one powstały. Aktualnie pisarz traci autorytet, jest anonimowy: nie ma dla niego miejsca w pop-kulturze. A co gorsza nieznany jest również dla nas jego dorobek literacki.


Według najnowszych statystyk Ministerstwa Edukacji Narodowej, w Polsce tylko 40% społeczeństwa przeczytało w ubiegłym roku minimum jedną książkę. Osoby czytające systematycznie stanowią jedynie odsetek 7%. Jednak nie możemy zwalać winy na wydawnictwa, ponieważ one zapewniają nam ok. 160 tys. tytułów w ciągu roku, co możemy przełożyć na 160 mln egzemplarzy literatury. Z podstawowego działania matematycznego wynika, że na przeciętnego Kowalskiego przypada zatem ok. 4 książek. Wiele nie czytających osób narzeka na zbyt wysokie ceny książek. Zgadzam się z tą opinią, jednak zwracam uwagę na możliwość kupna pozycji literackich w antykwariatach, na przecenach internetowych, czy wypożyczeniu ich lokalnej bibliotece.
Czytając książki nie tylko poszerzamy swoją wiedzę, rozwijamy wyobraźnię, ale również wzbogacamy swoje słownictwo. W życiu codziennym przeciętny mieszkaniec świata z podstawowym wykształceniem posługuje się ok. 800 wyrazami, natomiast absolwent dobrej uczelni nawet 12 tys.

Warto zatem miłość do książek wpajać od najmłodszych lat, bo czym skorupka za młodu nasiąknie... Według psychologów pięcioletnie dziecko nie powinno spędzać przed telewizorem więcej niż pół godziny, natomiast ilość czasu poświęcanego na czytanie może być nieograniczona. Tak jak istnieje w Polsce duża grupa kibiców piłki nożnej, czy siatkówki, tak i istnieje zwarty krąg czytelników. Działający na przykład w Polsce od kilku lat portal lubimy czytać.pl ma ćwierć miliona użytkowników. Na rynku działa również wiele blogerów, recenzentów, czy pospolitych amatorów tej rozrywki.
Warto aczkolwiek zauważyć, że niektórzy po prostu nie lubią czytać, tak jak można nie lubić jeździć na rowerze, czy jeść muf finki. Ale zwróćmy uwagę na to, że zdecydowana większość nie zna przyjemności płynącej
z czytania, zrażona lekturami szkolnymi.


Na koniec chciałabym podsumować moją wypowiedź cytatem Giovanni Giacomo Casanovy: „Strzeż się tego co czytał tylko jedną książkę”. Życie Casanowy nie jest najlepszym przykładem dla młodzieży, ale uważam, że źle świadczy o osobie dobrze wykształconej brak zainteresowania literaturą lub choćby prasą. Według niezależnych badań, osoby o ponadprzeciętnym poziomie życia (mówimy o zarobkach) czytają dziennie minimum trzydzieści minut. Dlatego warto oddawać się lekturze, by choć trochę przybliżyć się do marzeń o życiu Billa Gatesa. Czytajmy więcej i czerpmy z tego satysfakcję. Niech wieczorna lektura stanie się dla nas rytuałem, a widok czytającego w autobusie czy w parku częstszy. Bo przecież „Czytanie to najpiękniejsza zabawa jaką sobie ludzkość wymyśliła” (W. Szymborska).


Paulina

wtorek, 10 lutego 2015

"Miasto cieni"

Jeszcze więcej zagadki, przygody, tajemniczych zdjęć i mrożących w krew w żyłach historii otrzymujemy w kontynuacji "Osobliwego domu Pani Peregrine". Ransom Riggs ponownie zaczarowuje nas mieszanką świata rzeczywistego i fantastycznego. Oprócz adrenaliny płynącej z opowieści o "osobliwcach", otrzymujemy również dawkę wiedzy historycznej, która przekazana właśnie w tak nietypowy sposób może być dla młodego obywatela bardzo przystępna. Dziś kiedy młody człowiek sięga po najprostsze rozrywki, niewymagające myślenia, książka może być dla niego ostatnią deską ratunku przed autodestrukcją jego szarych komórek. A tym lepiej jeżeli lektura jest na należytym poziomie a Riggs nam to zapewnia.

Po jakże burzliwej akcji z grucholcami i nie tylko (w poprzedniej części), nasi bohaterowie wybierają się do Londynu: stolicy osobliwego świata. Szukają pomocy dla niezastąpionej Pani Peregrine, uwięzionej w ciele ptaka. Jednak sprawy się komplikują i stają przed nimi różne przeszkody: dla tych którzy z historią mają na pieńku informacja: w latach 40 ubiegłego wieku była wojna, co również dało się w tej powieści wyczuć. Czas akcji ciągle się zmienia, bo i pętle czasowe się zmieniają. Raz jesteśmy w 1940 roku, a raz pod koniec XIX wieku. Temat czasu w książkach jest często podejmowany, ale tylko niektórzy umieją z niego wdzięcznie wybrnąć. Choć uważam, że czasami miałam tzw, "zastój" i musiałam przemielić wszystko od początku by zrozumieć teorię pętli, to i tak Ransom Riggs radzi sobie całkiem nieźle.

Niewątpliwe zostaną wydane kolejne części "Osobliwego domu Pani Peregrine", które z chęcią przeczytam, ale boję się o to by autor nie popadł w wizję jakiegoś tasiemca. Historia, na której zbudowana jest powieść świetnie nadaje się do dłuższej kontynuacji, ale wszystko kiedyś powinno mieć swój koniec i życzę panu Ransomowi rozsądku pisarskiego. Nie chciałambym, żeby autor za przykładem Johna Flanagana (autora "Zwiadowców" i "Drużyny") skupił się tylko na jednej serii. Wolałabym żeby następne swoje utwory oparł na zdjęciach, których w obu książkach jest pod dostatkiem i był właśnie z nimi kojarzony. Przed nim maluje się droga do wielu nagród, świetnych miejsc na listach bestsellerów np. "New York Timesa" i przede wszystkim zadowolonych czytelników.

Paulina

Książkę, otrzymałam dzięki życzliwości wydawnictwa Media Rodzinahttp://mediarodzina.pl/prod/1110/Miasto-cieni